I wtedy stała się jasność, czyli… jak to się w ogóle zaczęło…

Sycylia. Najpierw pojawiła się miłość do wyspy, a dopiero długo potem zaczęło się bieganie. Po raz pierwszy pojechałam tam jak miałam 22 lata – 2005 rok. Była to moja pierwsza samotna wyprawa tak daleko, ale jechałam bez obaw, pełna emocji i mega mega szczęśliwa. Od tamtej chwili jeździłam tam dość regularnie z mniejszą bądź większą częstotliwością, do czasu kiedy nie wyszłam za mąż. Wtedy nastąpiła kilkuletnia przerwa w odwiedzaniu Sycylii. Kolejny raz pojechałam tam dopiero w 2014 roku, na zaproszenie mojej dawnej miłości – mężczyzny, z którym byłam związana kilka lat na odległość, z którym do tej pory łączy mnie silna przyjaźń, niezależnie od wszelkich okoliczności, które pojawiały się po drodze. W czerwcu 2014 roku pojechałam tam na weekend, na święto Inycon – jedno z najpopularniejszych wydarzeń na południu wyspy. To właśnie ten krótki, ale bardzo ważny dla mnie wyjazd uświadomił mi, że „sono nata nel posto sbagliato” – czyli „urodziłam się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym kraju”. Mniej więcej w tym samym czasie złapałam bakcyla biegowego, choć zawsze lubiłam ruch i sport, to właśnie bieganie stawało mi się coraz bliższe. Z niewielką przerwą na złamane śródstopie biegałam różne dystanse z dużą częstotliwością, ale nigdy nie przekraczałam 15 kilometrów dziennie. Dopiero około półtora roku temu zaczęłam bardzo intensywnie trenować i już teraz nie wyobrażam sobie życia bez biegania, bez diety, bez treningu, bez startów w całej Polsce…

W międzyczasie zakończyłam kolejny związek, postanowiłam pobyć sama i zająć się sobą, zastanowić się nad życiem, nad pracą… prowadziłam już własną firmę, która istnieje do tej pory i zajmuje się dbaniem o kobiecą urodę… chciałam więcej. Dużo więcej. Jak biegałam po 20 km i więcej, przychodziły mi do głowy coraz to lepsze pomysły. Łącznie z tym, że postanowiłam wyspecjalizować się bardziej w bieganiu, ale z tej teoretycznej strony. Zaczęłam od kursu trenera personalnego. Spotkałam na swojej drodze mnóstwo życzliwych ludzi, którzy podsuwali mi różne ciekawe smaczki, którzy mnie inspirowali, a ja inspirowałam ich. Latem 2017 znów wyjechałam na kilka dni na Sycylię. Tym razem z zamiarem biegania w słońcu, w temperaturze 50 stopni C… a to dlatego, że przed samym wyjazdem mój znajomy opowiedział mi o Marathon Des Sables, który odbywa się w Maroko i jest chyba najbardziej morderczym biegiem w kosmosie. W głowie zaczęła mi kiełkować myśl, żeby to przebiec… albo może coś bardziej „lajtowego” dla zaostrzenia apetytu – Halfmarathon Des Sables – impreza nieco mniej wymagająca i krótsza dystansowo, jednocześnie nie tak wykańczająca – biega się po plaży na Fuertaventura. Biegając po Sycylii układałam w głowie plan co zrobić, żeby to przebiec, jak się zapisać, jak zorganizować. Znajomy, który mi o tym wszystkim opowiedział, podsunął mi jednocześnie pamiętniki ludzi, którzy przebiegli MdS. Czytałam z zapartym tchem. Jak wróciłam z Sycylii, wiedziałam, że kiedyś to przebiegnę. Ale niedługo potem pojawiła się w głowie kolejna myśl. Z tęsknoty za Sycylią, którą musiałam znowu opuścić, z chęci robienia czegoś totalnie swojego, w trakcie jednego z moich długich wybiegań postanowiłam zorganizować własny bieg. Bieg po trasie, której nikt jeszcze nigdy nie przemierzył. Bieg po obwodzie Sycylii, jak najbliżej linii brzegowej. O przygotowaniach do tego przedsięwzięcia i o samym biegu, który planuję na październik 2018, jest ten blog właśnie…

Odważyłam się.

Odważyłam się marzyć.

Odważyłam się spełnić marzenie swojego życia.